sobota, 11 lipca 2020

"Dwie sekundy przed cudem" Agnès Ledig



 Opis:
Julie ma dwadzieścia lat i samotnie wychowuje dziecko. Pracuje w supermarkecie, choć miała studiować biologię. Paul dobiega sześćdziesiątki, jest zamożnym człowiekiem, ale owdowiał. Pewnego dnia robi zakupy w sklepie Julie... Tak, tego dnia wszystko się zmieni, ale zupełnie nie tak, jak myślisz.
Arabskie przysłowie mówi: "Nie opuszczaj rąk, bo możesz to zrobić na dwie sekundy przed cudem". dwie sekundy wystarczą, by odmienić życie Julie, pewnej kasjerki z supermarketu, i Twoje.
Lubimy czytać 

Moja opinia: 

Siedzę właśnie przy mojej popołudniowej kawie, słuchając albumu Red Taylor Swift. I zastanawiam się, jak i kiedy zdecydowałam się na kupno książki Dwie sekundy przed cudem
Nie pamiętam już, czy po prostu zwróciłam na nią uwagę podczas wyprzedaży książkowej na jednej z facebookowych grup czy była to jedna z tych pozycji, które widniały na mojej liście "must have". 
Może i nie jest to dla Was znaczące, ale dla mnie wręcz przeciwnie - różnie podchodzę do książek, które chciałam koniecznie przeczytać i różnie do tych, które trafiły do mojej biblioteczki przez bliżej nieokreślony przypadek. 

Do tych, których nie planowałam zakupić, mam duży dystans. Nie wiem, czego się po nich spodziewać, nie wiem, czy okażą się prawdziwą perełką, czy zupełnie zmarnowaną kwotą pieniędzy. 
W tym przypadku... No właśnie - zapraszam na bliższe konkrety. 

Moje nastawienie do Dwie sekundy przed cudem wyrobiło się właściwie od pierwszych dwóch, trzech do pięciu stron (!). I było ono negatywne. Natychmiast okazało się, że jest to kolejna obyczajówka, jakich zjadłam już dziesiątki. Niczym nie porywająca, z błyskawicznie pędzącą akcją (zupełnie jak na zawodach Formuły 1) i jakieś 10 stron później, wiedziałam na czym stoję - i nie był to mój wymarzony grunt. 

Za szybko. Po prostu za szybko. Tylko muśnięte. Choć niektóre zdania i zwroty były poetyckie, takie jak lubię, zostały one jednak spłycone. Nie były integralną częścią całej książki.
Były sobie. I tyle.

Dialogi... Ratunku!! Ile razy wywróciłam oczami z irytacji, nie zliczę. Wymuszone i sztuczne. Walczyłam, by przebiec tylko po nich i nie zagłębiać się za bardzo, bo książka chyba wyfrunęłaby przez okno. 
Męczyłam się z nią... ponad miesiąc. 300 stron lekkiej literatury. To nie świadczy wcale o moim lenistwie (przynajmniej nie w zdecydowanej większości). Nie pociągała mnie ta powieść. Nie byłam w ogóle zaciekawiona dalszymi wydarzeniami, nie pochłonęła mnie w żadnym momencie. Punkt zwrotny fabuły - dość smutny i przygnębiający - przyjęłam z totalną obojętnością, choć nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Ucieszyłam się, kiedy dotarło do mnie, że zbliżam się do końca i poświęciłam niemal cały dzień, by przebrnąć przez te ostatnie 100 stron i zakończyć batalię. 
O zakończeniu nie wspomnę... No cukierkowe, no... Nic specjalnego. 

Dawno też nie spotkałam tak ciekawie (?) skonstruowanych bohaterów. Każdy z nich dźwiga bagaż tragicznych wydarzeń, jednak ja, podczas lektury, niemal w ogóle tego nie odczułam. Nie byłam w stanie wejść w skórę żadnego z nich, nie przeżywałam ich emocji. Nie zostało mi to umożliwione, przez co bardzo szybko o nich zapomnę. Właściwie to od zakończenia książki minęły niemal 24 godziny i już nie ich nie pamiętam :) 

Czy są jednak jakieś dobre strony? Tak. Przysłowie, którego fragment jest tytułem książki. 

 "Nie opuszczaj rąk, bo możesz to zrobić na dwie sekundy przed cudem"

 

Tak się składa, że ostatnie dni były dla mnie bardzo ciężkie. Przeżywałam swoisty koszmar, jednak jest już chyba po wszystkim, choć muszę być czujna. Było mi bardzo ciężko. Traciłam wiarę, że mogę z tego wyjść i gdyby nie moja mama, być może już nie byłoby mnie wśród żywych. Ale jakoś dałam radę. I wtedy natrafiłam na fragment tej książki, który zawierał to przysłowie. Kiedy dotarł do mnie jego sens, zrozumiałam, że nie ma na świecie takiej rzeczy, która zmusiłaby mnie do rezygnacji z życia. Marzeń czy planów. Trzeba trzymać ręce w górze, nawet jeśli mdleją. Nigdy nie wiemy, czy to nie jest właśnie ten moment.

Choć moja recenzja nie wygląda zachęcająco i wiem, że Dwie sekundy przed cudem została bardzo dobrze przyjęta, pamiętajcie dwie rzeczy - dla wybrednego i wytrawnego odbiorcy (jakim jestem ja), którzy nieczęsto się zdarzają, jest ona zwykłą powiastką, dwa - każda, naprawdę każda książka jest warta tego, by wyrobić sobie o niej własną opinię. Chyba, że jest tak tragiczna, że nie da się jej nawet dotykać. Wtedy omijajcie takie pozycje szerokim łukiem.

Liczyłam na coś naprawdę ambitniejszego, jednak trochę się rozczarowałam. Mimo to polecam na wakacyjne dni i nie tylko. Zasługuje na swoją szansę.

6,5/10

Tytuł: Dwie sekundy przed cudem
Autor: Agnès Ledig
Wydawnictwo: Andromenda
rok wydania polskiego: 2017
okładka: miękka
liczba stron: 319
Czytaj dalej »

wtorek, 26 maja 2020

"Szwedzkie kalosze" Henning Mankell



Opis:
Frederick Welin, emerytowany chirurg mieszkający na jednej z wysp szwedzkiego archipelagu, budzi się w nocy, krztusząc się dymem. Jego dom stoi w płomieniach. Mężczyzna zrywa się z łóżka, ale jest już za późno, by ratować dobytek. Ledwo udaje mu się owinąć kocem i wybiec z pożogi w – jak się okazuje – dwóch lewych kaloszach. Wkrótce w płomieniach staje kolejny dom, a ludzie zaczynają szeptać o przemykającej po wyspie tajemniczej, zakapturzonej postaci.
Lubimy czytać

Recenzja Włoskich butów

Moja opinia:

Na ogół nie jestem fanką kontynuacji jakiejś historii i rozwlekania jej na pobieżne wątki, co niestety rzadko kiedy się udaje, ale przyznam, że czekałam na rozpoczęcie przygody ze Szwedzkimi kaloszami z nieukrywaną i wielką niecierpliwością. Znałam już ten świat oraz bohaterów, jednak nie zniechęciło mnie to, wręcz przeciwnie - zżerała mnie ciekawość, co też autor przygotował w drugiej części i czym będzie w stanie mnie zaskoczyć (bo co do tego, że będę zaskoczona, nie miałam najmniejszych wątpliwości).

Pierwsze wrażenie? Zauważyłam, że styl pisania "zelżał" nieco i stał się bardziej przystępny, typowy dla obyczajówek, ale to wciąż był ten wyjątkowy styl, ten, który tak lubię. Mankell od razu przeszedł do rzeczy, rozpoczynając powieść od pożaru domu głównego bohatera - jego bezpiecznej przystani i swego rodzaju łącznika pomiędzy latami dzieciństwa a jego obecnym życiem. Ogień strawił cały dotychczasowy dorobek życia, łącznie z dokumentami, pamiątkami i bezcennymi butami wykonanymi na zamówienie przez nieżyjącego już włoskiego rzemieślnika. Fredrik został w ubraniu, w którym wybiegł z płonącego domu i dwoma lewymi kaloszami, które zdołał założyć w ostatniej chwili.

Wątek pożaru zaintrygował mnie tym bardziej, że w pewnym momencie główny bohater zaczął być podejrzewany przez policję o podpalenie własnego domu. Zaczęłam więc doszukiwać się wszelkich zachowań Fredrika, które świadczyłyby o początkującej demencji lub tego typu schorzeń. Autor nawet dyskretnie, naprawdę głęboko pomiędzy wierszami sugerował mi właśnie takie rozwiązanie zagadki. W miarę rozwoju sytuacji i fabuły, okazało się, że może podejrzenia szły w bardzo złym kierunku. 

Zaskoczyło mnie jeszcze coś. Niemal w każdym rozdziale, z każdej strony powieści czaił się... strach. Mankell doskonale potrafił budować napięcie opisując zwykłą podróż przez las, odnalezienie porzuconego domu, który okazał się po części zamieszkany, odkrycie obecności tajemniczego nieznajomego na wyspie z namiotem, który rozbił Fredrik czy choćby wątek podróży do Paryża. Niemal przez cały czas czytania odczuwałam na skórze dreszczyk emocji, a nawet i gęsią skórkę.

A propos Paryża... Nie przypuszczałabym, że na ulicach tego miasta jest aż tyle kawiarni :) Fredrik niemal na każdym kroku trafiał na jakąś, często też zaglądał do barów. Aż zaczęłam się zastanawiać nad tym, jak dobrze wiedzie się w Szwecji emerytowanym lekarzom... :D

Rzeczywiście jest to luźna kontynuacja pierwszej części, która pomimo tego, iż utraciła nieco ten urok surowego, skandynawskiego pióra, pozostała niezwykłą i pouczającą powieścią. Uczy przede wszystkim tego, że nigdy nie powinniśmy wierzyć w to, iż znamy kogoś naprawdę w stu procentach. I że każdy, nawet z pozoru dobry i uczynny człowiek, który zawsze służył pomocą i był powszechnie szanowany, może skrywać bardzo mroczne i wręcz diaboliczne wnętrze.

Naprawdę zżyłam się z Fredrikiem, jego światem oraz rodziną (którą nagle otrzymał) i jego wyspą. Cieszę się, że mam tę możliwość, że zawsze mogę do nich wrócić. I zrobię to z pewnością.

9/10

Tytuł: Szwedzkie kalosze
Autor: Henning Mankell 
Cykl: Fredrik Welin
Wydawnictwo: W.A.B.
rok wydania polskiego: 2016
okładka: miękka 
liczba stron: 446





Czytaj dalej »

sobota, 2 maja 2020

"Włoskie buty" Henning Mankell


Opis:
Na niewielkiej bałtyckiej wyspie od dwunastu lat mieszka samotnie Frederick Welin, sześćdziesięcio-sześcioletni emerytowany lekarz. Rytm jego życia wyznaczają codzienne poranne kąpiele w wykuwanym codziennie przeręblu. Jedynymi towarzyszami jego samotnej egzystencji są stary pies i równie wiekowy kot oraz pojawiający się od czasu do czasu hipochondryczny listonosz. Tak trwa to niezmącone niczym życie aż do momentu, w którym na otaczającym wyspę lodzie pojawia się kobieca postać, wspierająca się na chodziku. Okazuje się nią Harriet, miłość życia Fredericka, którą prawie czterdzieści lat wcześniej opuścił bez słowa. Dawna kochanka żąda spełnienia złożonej wiele lat wcześniej obietnicy - chce, żeby Frederick zawiózł ją nad leśne jezioro, o którym niegdyś opowiadał. Ruszają więc w podróż, która całkowicie zmieni starzejącego się, złamanego życiem człowieka.
Dziwaczna prośba dawnej miłości pociągnie za sobą lawinę zdarzeń i spotkań, które nie pozwolą byłemu lekarzowi wieść dawnej, wycofanej egzystencji, ale zmuszą go do powrotu do życia i rozliczenia z przeszłością.
Lubimy czytać 

Moja opinia: 

Huh... To było... Niesamowite. Już dawno nie czerpałam z lektury tak ekscytującej przyjemności, jak podczas ostatnich dni. Odkąd ta książka zawitała do mojej biblioteczki, wiedziałam, że spotkanie z nią będzie czymś naprawdę niezwykłym. I nie myliłam się... Ale od początku. 

Włoskie buty to opowieść byłego lekarza Fredrika Welina, mieszkającego samotnie na małej szwedzkiej wysepce. Poznajemy go zimą, kiedy jego miejsce zamieszkania otacza lód. Lód, który podobnie jak Las i Morze, będą w późniejszym czasie stanowić tło dla jego historii, czasem nawet będą odgrywać w niej znaczącą rolę. 
Welin wiedzie bardzo spokojne, stateczne i niemal zupełnie samotne życie, które urozmaicały czasem wizyty listonosza i zarazem jedynego człowieka, który odwiedzał go regularnie. I kiedy wydaje się, że wszystkie dni do końca jego życia będą upływać podobnie, pojawia się jego dawna miłość...

Pierwsze trzy, cztery zdania, maksymalnie strona - dokładnie tyle potrzebowałam, by zatracić się w tej powieści i doznać tych dreszczy, które przyjemnie rozchodzą się po plecach na myśl o prawdziwej lekturze. Wymagającej skupienia, wgryzania się w surowe zdania, którymi charakteryzuje się przecież literatura skandynawska. Wydaje mi się, że skandynawscy pisarze chyba mają ten lód we krwi... Zazdroszczę im czasem. Serio. 
Nie są im potrzebne żadne górnolotne słowa, wymyślne epitety, porównania czy metafory. Najprostsze słowa potrafią dobrać tak, że wydobywają z nich czystą magię, chyba nawet nie będąc do końca świadomym, że to robią. A może i są świadomi? Jeśli tak, to marzę, by posiąść choć część wiedzy na temat tego, jak to się robi... 

Sama historia Fredrika była dość smutną, ale bardzo życiową historią. W żaden sposób nie przerysowaną, czy cukierkową. Ot, szare życie, niesprawiedliwe, często niezrozumiałe, nawet dla ludzi, którzy "swoje" już na tym świecie przeżyli. Człowieka o takiej historii możemy spotkać wszędzie, w parku, w tramwaju, sklepie. Wyróżniającego się z tłumu lub zupełnie szarego, który nosi swoją historię głęboko skrywaną pod wieloma warstwami milczenia. I może właśnie dlatego tak szybko i tak mocno zżyłam się z tą postacią, choć na przestrzeni czasu okazało się, że miał mnóstwo wad. Ale... Czy istnieją ludzie nieskazitelni? 

Trudno mi było oderwać się od czytania, zwłaszcza od momentu, kiedy w życiu bohatera otworzyły się drzwi z tabliczką "Przeszłość". Drzwi, które według niego już dawno były zatrzaśnięcie, może nawet zamurowane. Ale jednak - w naszym życiu też często takie drzwi się otwierają i wychodzą zza nich demony, przed którymi być może uciekaliśmy, a z którymi musimy się zmierzyć. Fredrik właśnie stanął przed takim zadaniem. A śledzenie jego dalszych losów było jak rollercoaster - od przerażenia, po strach, stres, radość, łzy szczęścia, a także wściekłości. Odkładałam ją z ciężkim sercem na półkę, kiedy musiałam przerwać czytanie i wrócić do swoich obowiązków, ale z tą większą przyjemnością sięgałam po nią z powrotem, by przeżyć to jeszcze raz. I jeszcze raz i jeszcze raz, aż w pewnej chwili zorientowałam się, że otworzyłam na ostatniej stronie powieści. Nawet jak teraz przypomnę sobie ten moment i ostatnie słowa historii, uśmiecham się - ale ze łzami w oczach. Jestem po prostu zakochana i już czuję książkowego kaca (a od zamknięcia przeczytanej książki minęła może godzina). Wracałam do niej myślami w każdej chwili, w której nie mogłam wziąć jej do ręki, myślę nawet teraz, patrząc na okładkę i pisząc te słowa. Myślę o niej ciepło jak o przyjacielu, którego pożegnałam, ale ze świadomością, że przecież się jeszcze spotkamy. Bo na pewno się spotkamy - nie tylko z Włoskimi butami - ponieważ przede mną lektura drugiej części! Ach ♥ Mam ciarki na samą myśl o tym... 

Nie mam autorowi absolutnie nic do zarzucenia w kwestii pióra, zarysu fabuły czy kreacji bohaterów. Nie śmiałabym nawet wytykać jakichkolwiek błędów. Jest napisana fantastycznie, wszystko jest dokładnie przemyślane, dopowiedziane, nakreślone tak - prostymi słowami - że nie sposób jest zapomnieć o tej książce. Niewiele jest książek, które potrafią pozostawić we mnie trwały ślad. Tej się udało. I to chyba najlepsze podsumowanie.

10/10 

Tytuł: Włoskie buty
Autor: Henning Mankell
Cykl: Fredrik Welin
Wydawnictwo: W.A.B
rok wydania polskiego: 2013 
okładka: miękka
liczba stron: 335
Czytaj dalej »

piątek, 24 kwietnia 2020

"We wspólnym rytmie" Jojo Moyes


Opis:

Dobry jeździec wie, że ma tylko jedną szansę, aby zaskarbić sobie szacunek konia. Wie też, że przez jeden wybuch gniewu może na zawsze stracić jego zaufanie. Konia można bowiem skrzywdzić tylko raz. Potem latami odbudowuje się zerwaną relację. Z ludźmi bywa podobnie…
Świat Natashy rozsypał się wraz z odejściem męża. Gniew i zraniona duma popchnęły ją do zrobienia rzeczy, których potem żałowała. Gdy człowiek traci kogoś bliskiego, nie zawsze zachowuje się rozsądnie. Natasha zamknęła się w swojej samotności, postawiła na niezależność i karierę. Kiedy decyduje się pomóc spotkanej w podejrzanych okolicznościach Sarze, nie przypuszcza, że ta „dziewczynka znikąd” odkryje przed nią życie na nowo.

Co się stanie, gdy Natasha zaryzykuje wszystko dla dziewczynki, której nawet nie zna i nie rozumie? Czego można się nauczyć od osoby, która kocha bardziej konie niż ludzi?

We wspólnym rytmie to opowieść o kobiecie, która nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłaby znów być kochana, i o dziewczynie, która jest gotowa kłamać i kraść dla kogoś, kogo kocha.

Miłość istnieje w tym, co się robi, w małych i dużych gestach. To, że się o niej nie mówi, nie oznacza, że jej nie ma.
Lubimy czytać

Moja opinia:
  
Na zakup We wspólnym rytmie namówił mnie chyba ogólny zachwyt nad tą książką chwilę po jej wydaniu. Już wtedy miałam za sobą dwie przygody z książkami Jojo Moyes, które były nadzwyczaj udane, a ostatnim argumentem, który przemówił "za" była moja odległa, wciąż gdzieś tląca się miłość do koni. Oczywiście, jak to u mnie, swoje musiała odleżeć na stosie hańby, aż przyszła na nią kolej pewnego kwietniowego dnia.
We wspólnym rytmie jest powieścią złożoną, wielowątkową, z przeważającą tematyką jeździectwa, zaczynającą się od dużego bum! w postaci prologu, który stanowi dość solidnie stworzony, choć dla mnie zbyt skupiający się na sztuce jeździeckiej wstęp. Innymi słowy, prolog jest nieco oderwany od całej fabuły, jednak nabiera on pewnego sensu w punkcie kulminacyjnym powieści, praktycznie na ostatnich stu stronach.
Potem dwutorowa fabuła rozwija się, w miarę powoli nabierając tempa, ale w żadnym fragmencie nie czułam się nią znużona. Moyes znów zaczarowała swoim piórem i przez kolejne kartki właściwie się płynie. Poznajemy bohaterów różnorodnych, ale autentycznych, oraz ich losy, które w pewnej chwili przedziwnie się ze sobą splatają. Historia nabiera prawdziwego rozpędu i zaczyna jeszcze mocniej intrygować w momencie, gdy Sarah, czternastoletnia dziewczynka zakochana w swoim wierzchowcu Boo, postanawia uciec z nim do Francji, do ojczystego kraju swojego dziadka, aby dostać się do elitarnej formacji jeździeckiej Le Cadre Noir, a Natasha i jej (wciąż) mąż Mac ruszają w ślad za nią jako "rodzice zastępczy", którzy przygarnęli ją po tym, jak jej dziadek Henri trafił do szpitala, a Sarah pozostała bez opieki.
W pewnym sensie już wtedy wiedziałam, że zakończenie może być tylko jedno i przyznam, że przeszkadzało mi to trochę w dalszej lekturze. Czytać, domyślając się już zakończenia? Oczywiście westchnęłam z taką myślą "no wiedziałam", kiedy moje przypuszczenia okazały się prawdą. Nie lubię przewidywalnych zakończeń. Właściwie... Jakby tak poważnie i szczerze przeanalizować każdy opisany w tej książce wątek, okazuje się, że każdy z nich jest przewidywalny. We wspólnym rytmie określana jest jako najbardziej dojrzała książka Moyes, i pod pewnymi względami, jestem w stanie zgodzić się z tą opinią. Ale zbyt łatwo ją rozgryzłam, przez co nie dała mi takiej frajdy, jakiej oczekiwałam.
Niemniej, była to bardzo przyjemna i pouczająca lektura. Wzruszyłam się, byłam wkurzona i poirytowana, ale też niejednokrotnie uśmiechałam się do czytanych właśnie kartek. Z Jojo Moyes nie może być inaczej albo rollercoaster, albo wcale. Tyle że ten był dla mnie zbyt mały.
We wspólnym rytmie zdołało mnie jednak do siebie przekonać dzięki dedykacji, jaką zawarła autorka, dla czternastoletniej dżokejki, która utraciła swoje życie przedwcześnie, wraz ze swoją rodziną, w wyniku porachunków narkotykowych. To mnie poruszyło i przyznam, że po przeczytaniu Podziękowań zawartych na końcu książki, wzruszyłam się najmocniej.
Polecam ją każdemu, kto lubi mało zobowiązujące, lekkie, ale pełne emocji lektury. Z pewnością będzie miłym kompanem podczas słonecznych dni na tarasie.
7,5/10 
Tytuł: We wspólnym rytmie
Autor: Jojo Moyes
Wydawnictwo: Między Słowami 
rok wydania polskiego: 2017
okładka: miękka
liczba stron: 528
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia