Nowy Jork. Miasto pełne obfitości. Jedna dziewczyna, stojąca na Times Square, z parasolką w ręku. Młoda, utalentowana i piękna.
Lily Quinn jest studentką, której największym problemem jest nieustanny brak pieniędzy. Jej wielka miłość zakończyła się, a wyprowadzając się z mieszkania, zabrała nawet łóżko, które do niej należało. Przez brak kilku zaliczeń, nie ukończyła studiów. Ma dwadzieścia cztery lata. Mogło by się wydawać, że jak na tak młodą osobę, ma wystarczająco dużo kłopotów. Niespodziewanie jednak, jej życie wywraca się do góry nogami - w dziwnych okolicznościach znika jej przyjaciółka i współlokatorka, Amy. Skreślone w loterii liczby okazują się zwycięskie. Lily zgarnia fortunę, ale los nie pozwala jej cieszyć się nią zbyt długo. Choroba z wysokim procentem śmiertelności. Rodzina, dla której wygrane pieniądze znaczą więcej niż życie Lily. Brat, którego bezgranicznie kocha okazuje się być zamieszany w sprawę zaginięcia Amy. Matka alkoholiczka. Babcia, która przeżyła wojnę. I jest jeszcze on. Dużo starszy od niej, detektyw, który prowadzi sprawę Amy McFadden. Wszyscy ci okazują się mieć tajemnice, które zmieniają sposób w jaki myśli Lily. Ale ona pragnie już tylko jednego. Żyć.



Trudno mi było przyzwyczaić się do stylu pisarki. Czytając pierwsze rozdziały byłam bardzo bliska decyzji o oddaniu jej z powrotem do biblioteki. Po prostu - nie. To nie dla mnie. Dziwne, jakby... za trudne. Leżała na szafce kilka ładnych dni, aż w końcu postanowiłam dać jej szansę.
Początkowe rozdziały - nie ukrywam - czasem powiewały nudą. Nawet intrygujący prolog okazał się być bardzo mało intrygujący. Zupełnie nie zapowiadały tego, co miało się stać później. A działo się naprawdę wiele.
W miarę jak rozwijała się akcja, miałam coraz bardziej rozdziawione usta i otwarte oczy. Wszystko nabrało przedziwnego tempa; Amy, która jakby wyparowała, mieszający w głowie mi i Lily detektyw i wygrane na loterii miliony. A potem BUM! Ostra białaczka promielocytowa. U tak młodej osoby? czy to w ogóle możliwe?
Pędziłam przez książkę z myślą "no nie, ona nie może umrzeć, nie teraz". Mając jeszcze w pamięci Ostatnie dni Królika byłam niekiedy przerażona. Ale walka Lily z białaczką wyglądała jak sinusoida. Góra dół. Góra dół. I bardzo, bardzo chciałam, by ta linia zatrzymała się nad osią.

Sinusoidą można było też opisać historię uczucia, jakie narodziło się między Lily a Spencerem O' Malley'em. Przyznam, że kibicowałam im od początku, mimo znacznej różnicy wieku, jaka ich dzieliła. Ale wiek to przecież tylko liczba, prawda? I kiedy już odetchnęłam z ulgą po tym, jak zostali razem, nagle zrywają. Miłość bywa czasem naprawdę ślepa i głupia; ich jednak na szczęście przetrwała. O'Malley to człowiek honorowy, stanowczy i dążący do sprawiedliwości. Ma jednak wadę. Pije.Tylko w weekendy. W poniedziałek rano, wraca do pracy. Dzięki Lily to się zmienia.

Ale Lily ma coraz mniej czasu i po wyczerpaniu wszystkich możliwości, tylko przeszczep może ją uratować. Tego bałam się najbardziej - czy autorka postawi jednak na happy end. Nie rozczarowałam się.

Dziewczyna na Times Square to piękna i poruszająca historia o tym, że życie, tak jak wszystkie inne rzeczy, jest przemijające. I że warto cieszyć się z każdego kolejnego dnia, jaki jest nam dany. Czytając ją, odczuwa się radość, złość, frustrację, czasem nawet prawdziwą wściekłość. Ale chce się też płakać. Mimo początkowych "problemów", polecam ją bardzo gorąco.

8,5/10 

Tytuł: Dziewczyna na Times Square
Autor: Paullina Simons
Wydawnictwo: Świat Książki
okładka: miękka
ilość stron: 480 

Brak komentarzy: